| |
| Polityczny poker w zeszłym tygodniu wkroczył w swoją decydującą, jak się wydaje, fazę. PiS zaproponował opozycji podpisanie programu stabilizacyjnego, wspierającego rząd, zaś prezydent Lech Kaczyński od podejścia do tej kwestii przez partie antyrządowe uzależnił swoje dalsze posunięcia odnośnie wcześniejszych wyborów parlamentarnych. A Platforma szaleje. - Jarosław Kaczyński szuka drogi do władzy absolutnej - krzyczy głośno szef Platformy Obywatelskiej Donald Tusk. No tak - każda władza bez udziału Platformy to zamach na demokrację i szukanie drogi do władzy absolutnej. Gdyby to PO rządziła, słyszelibyśmy bez przerwy nie o władzy absolutnej, a o koniecznym jej wzmacnianiu. Jarosław Kaczyński gra z siłą wytrawnego pokerzysty, szachując przeciwników, po prostu o nową bezpieczną i wolną od korupcji Polskę. Po to jest program stabilizacyjny. - Skrajną nieodpowiedzialnością nazywa więc sytuację, w której zostałby uchwalony budżet przy jednoczesnym braku stabilnego zaplecza parlamentarnego dla gabinetu Kazimierza Marcinkiewicza. To bowiem skazałoby rząd i Sejm na dryfowanie polityczne. Tego najbardziej chciałaby Platforma Obywatelska, gdyż mogłaby jeĽdzić po rządzie z całych sił, zarzucając mu i PiS-owi brak zdolności rządzenia. Stałaby się także partią rozdającą polityczne karty, zmuszając partię Kaczyńskiego do zaakceptowania - w imię trwania rządu - sojuszu na warunkach PO, wyrażonych w słynnych 21 postulatach. A chodziło w nich - przypomnijmy - m.in. o oddanie Tuskowi i Rokicie większości ministerstw, stanowiska marszałka Sejmu i wicepremiera o kompetencjach szefa rządu. Boją się niebytu.Tego, rzecz jasna, Kaczyński nie zaakceptuje. I dlatego stawia sprawę jasno: jest pakt stabilizacyjny. Albo wchodzicie, albo nie - i wtedy będą wybory, na które my jesteśmy gotowi. Ta oferta skierowana jest także do Platformy, pod warunkiem wszakże, że uderzy się ona w piersi i przeprosi za ataki na PiS. Na to raczej się nie zanosi, gdy wsłuchamy się w retorykę wystąpień liderów tej partii z ostatnich dni. Bronisław Komorowski mówi więc o tym, że PiS czai się z łomem w ręku. Tusk w Częstochowie 19 stycznia przekonywał zaś, że prezes PiS zaczął pracować kilka tygodni temu - ale dziś widać to czarno na białym - nad wskrzeszeniem lewicy, z którą całe życie walczył, a także oznajmia, że działania PiS to codzienna i nieustanna kompromitacja projektu dobrych stabilnych rządów polskiej centroprawicy.Jednak w ubiegły czwartek Tusk w programie Tomasza Lisa Co z tą Polską nagle nie wykluczył, że PO może przystąpić do programu stabilizacyjnego. Ta zmiana stanowiska nie dziwi, jeżeli zerkniemy na sytuację wewnętrzną w PO. Sypią się jej struktury terenowe (m.in. Toruń i Lublin), posłowie przechodzą do PiS, narastają konflikty wewnętrzne. A wreszcie sam Tusk czuje się zagrożony utratą władzy w partii - jako główny winny porażek wyborczych PO - na rzecz Jana Rokity. Boją się teczekRząd Marcinkiewicza działa w interesie ludzi. Wsparcie dla inicjatyw prospołecznych, zakłada także program stabilizacyjny. Skoro tak, to dlaczego te ataki? Przecież na zdrowy chłopski rozum na pomyślności obywateli powinno zależeć całej tzw. klasie politycznej. Pewne rzeczy są zrozumiałe, jeżeli wejrzymy na zaplecze działań rządu. O ile bowiem jego przeciwnicy przełkną każdą zmianę polityki społecznej czy gospodarczej - to nie zgodzą się na jedno: na wzmocnienie bezpieczeństwa wewnętrznego i zewnętrznego, czyli lustrację i dekomunizację. Rozbicie układu mafijnego, na którym zasadzało się - skutecznie obecnie likwidowane przez PiS - okrągłostołowe cohabitation pomiędzy postkomunistami a opozycją demokratyczną.Pierwsza kontrakcja nastąpiła po wyborze na prezesa Instytutu Pamięci Narodowej Janusza Kurtyki i rozpoczętych przez niego zmianach kadrowych. Z odsieczą układowi ruszyła jak zwykle "Gazeta Wyborcza". Nina Kraśko i Sergiusz Kowalski, znany skądinąd z tropienia polskiego antysemityzmu, wysunęli postulat zlikwidowania IPN. Fakt, z punktu widzenia "GW" Instytut jest już niepotrzebny. Nie jest już ich, to znaczy nie ma w nim ekipy prof. Leona Kieresa, która skrzętnie ukrywała teczki . Nowa ekipa - cóż za pech dla "salonu" - teczki chce otwierać. Dlatego "GW" twierdzi: lustracja jest po prostu szkodliwa, a IPN niepotrzebny. Dlatego chcemy zabrać głos. Dodatkowym powodem są wcielane na gwałt ustrojowe pomysły rządu - legislacyjna polka-galopka, grożąca nieobliczalnymi konsekwencjami.Aby jeszcze bardziej przestraszyć Czytelnika widmem co najmniej gilotyn politycznych, Kraśko i Kowalski roztaczają ponurą wizję, że nowa ekipa lubi rozwiązania nadzwyczajne, jak radziecka Wsierossijska Czieriezwyczajnaja Komissja po Borbie s Kontrriewolucyjej, Spiekulacjej i Priestupleniami po Dołżnosti (Wszechrosyjska Nadzwyczajna Komisja do Walki z Kontrrewolucją, Spekulacją i Nadużyciami Władzy) (...). Już dziewięć lat temu Ludwik Dorn zaproponował, by reformy państwa dokonała "»grupa specjalna«, 400-osobowy oddział ludzi świadomych, twardych i nieprzekupnych, nie dbających o »zwulgaryzowaną ideologię demokratycznego państwa prawa«" (cytujemy za artykułem Witolda Gadomskiego, "Gazeta ¦wiąteczna" z 1-2 lutego 1997). Czy wróci teraz do swego pomysłu?Ale tak naprawdę strzelają sobie gola samobójczego, gdyż w istocie potwierdzają, że gwarancją porządku w państwie jest jego czystość i siła. Słoneczko KwaśniewskiW ostatnim tygodniu mieliśmy do czynienia z jeszcze jednym zjawiskiem: ożywaniem politycznych zombi. Lider Partii Demokratycznej-demokraci.pl Władysław Frasyniuk chce montować koalicję demokratyczną, która skupi część społeczeństwa myślącą demokratycznie i liberalnie. Kto byłby w tej koalicji? Starzy znajomi - rozwalacze Polski: SdPl, SLD i ewentualnie PO pod warunkiem, że Platforma nie będzie chciała być cieniem dla Kaczyńskich. A postkomuna niezależnie od tego też zwiera szyki pod światłym protektoratem słoneczka Kwaśniewskiego, który - co prawda - na razie przebywa na wygnaniu w Szwajcarii (ciekawe, czy wróci do Polski w wagonie, tak jak Lenin do Rosji). W każdym razie ma pełnić honorową rolę osoby, która nas będzie duchowo wspierała, również podpowiadała w wielu sprawach dobre rozwiązania. Będzie aktywny na tyle, na ile potrzeba, ale nie zastąpi osób, które zgodnie ze statutem pełnią określone role w SLD i innych partiach - jak to zapowiedział tow. Olejniczak. Jest lepiejPolitycy grają więc w politycznego pokera. Stawką jest przyszłość państwa. Prezydentowi i PiS-owi zależy na obronie skutecznego rządu i budowie IV Rzeczypospolitej, opozycji - na jego marginalizacji i paraliżu aparatu państwa. Ludzie zaś żyją swoim życiem. ¦mieją się z gadania Olejniczaka o państwie policyjnym. Widzą, że rząd Marcinkiewicza idzie w dobrym kierunku. Jak pokazało badanie CBOS, poparcie dla ekipy PiS wzrosło w ciągu miesiąca o sześć procent i obecnie co drugi dorosły Polak jest zwolennikiem rządu. Co dziesiąty respondent - spadek o 3 proc. - określa się jako przeciwnik obecnego gabinetu. I to jest najlepsza odpowiedĽ na pytanie, po czyjej stronie jest racja w obecnym rozdaniu, a kto gra znaczonymi kartami obrony "okrągłego stołu".
Piotr Jakucki | |
|
| Dlaczego partia braci Kaczyńskich oraz rząd Kazimierza Marcinkiewicza mają tak wielu wrogów? Gdyż naprawdę chcą zmienić Polskę. Wywołany dwa tygodnie temu przez opozycję kryzys parlamentarny pokazał z jednej strony słabość funkcjonowania rządu mniejszościowego, z drugiej zaś - determinację wielu sił, którym zależy na odsunięciu Prawa i Sprawiedliwości od władzy. O ile ten pierwszy aspekt jest szeroko eksploatowany w mediach, o tyle drugi pozostaje w cieniu, a jeśli już o nim się wspomina, to głównie w kontekście teorii spiskowych, którymi podobno żyją liderzy PiS. Tymczasem już pierwsze miesiące rządów tej partii pokazują, jak potężnym układom ona zagraża. Każda nowa ekipa rządząca dokonuje wymiany kadr, dotąd jednak odbywało się to na poziomie najbardziej eksponowanych stanowisk: ministrów, wiceministrów, wojewodów, szefów urzędów centralnych. Istniała natomiast ogromna sfera życia publicznego, w której przez wiele lat nic się nie zmieniało, jakby stanowiła temat tabu. Dopiero partia Jarosława Kaczyńskiego, dysponując rządem i urzędem prezydenckim, zainteresowała się tą sferą i rozpoczęła jej przywracanie państwu polskiemu. Odzyskać telewizjęJednym z elementów tej sfery są tzw. media publiczne, które przez cały okres III RP pozostawały pod kontrolą układu postkomunistyczno-liberalnego (niedługi okres prezesury Wiesława Walendziaka w TVP był jedynie mało znaczącym incydentem). Czteroletnie rządy AWS w ogóle nie zajęły się tym problemem, przyglądając się z założonymi rękami, jak SLD-owska ekipa Roberta Kwiatkowskiego przejmowała budynki na Woronicza i czyniła z TVP narzędzie Kwaśniewskiego i Millera. Pomny tych kompromitujących doświadczeń, PiS jako pierwszą inicjatywę w nowym Sejmie zgłosił projekt zmian w ustawie o radiofonii i telewizji, dzięki czemu od nowego roku nie istnieje już zdominowana przez lewicę KRRiT. W ten sposób udaremniono groĽbę wyboru na trzyletnią kadencję nowych rad nadzorczych (a następnie zarządów) publicznego radia i telewizji. Miejmy nadzieję, że powoływana właśnie nowa Krajowa Rada nie ograniczy się do wymiany jednych partyjnych aparatczyków na innych, lecz zainicjuje głębokie przemiany w mediach, nie tylko personalne, ale i programowe. Wskazują na to wypowiedzi inicjatora pierwszej nowelizacji, wiceministra kultury Jarosława Sellina, który postuluje konieczność odkomercjalizowania TVP i przywrócenia jej charakteru prawdziwie misyjnego. Takie plany zagrażają już nie tylko politycznym komisarzom z SLD czy PO, ale całemu układowi towarzysko-biznesowemu, pasożytującemu na instytucjach opłacanych z naszego abonamentu. Oczyścić służby, zdusić korupcjęPodobne zaniepokojenie muszą odczuwać ludzie z układów, które oplotły polskie służby specjalne i uczyniły z nich świetne narzędzie do robienia prywatnych interesów. Dotyczy to szczególnie Wojskowych Służb Informacyjnych, w których od upadku PRL nie nastąpiła praktycznie żadna weryfikacja. Jednym z pierwszych posunięć koordynatora służb specjalnych Zbigniewa Wassermanna było odwołanie dotychczasowego szefa WSI, gen. Marka Dukaczewskiego, zaś na początku stycznia ogłoszono ukończenie prac nad trzema ustawami: o likwidacji WSI oraz utworzeniu oddzielnych służb wywiadu i kontrwywiadu wojskowego. Minister Wassermann zapowiedział przy tym znaczne odchudzenie tej formacji, zwłaszcza pozbycie się funkcjonariuszy, którzy przeszli szkolenie w ZSRR i innych krajach komunistycznych, a także wykorzystujących swoje uprawnienia do prywatnych interesów. Szykuje się więc prawdziwa rewolucja, a ponieważ zagrożone jest istnienie bardzo wpływowego układu, należy się spodziewać brutalnego kontrataku. Wydaje się jednak, że w tej sprawie liderom PiS woli politycznej nie zabraknie. Nieco łagodniej nowa ekipa traktuje służby cywilne, które, bądĽ co bądĽ, dwukrotnie przechodziły weryfikację: w latach 1990 i 1997, dzięki czemu znaczna część ich pracowników nie ma już PRL-owskich obciążeń. Politycy PiS nie mogą jednak mieć pełnego zaufania do struktur, którymi swego czasu kierowali tacy ludzie, jak gen. Gromosław Czempiński czy Zbigniew Siemiątkowski. Rząd poszedł też na ostrą walkę z korupcją, powołując do życia Centralne Biuro Antykorupcyjne, które - według projektu ustawy przyjętego przez rząd 10 stycznia - ma mieć status służby specjalnej. Osoba pomysłodawcy i przyszłego szefa CBA, posła Mariusza Kamińskiego, gwarantuje, że w jej szeregach nie znajdą się byli funkcjonariusze SB ani osoby biorące udział w tzw. inwigilacji prawicy czy innych przestępczych działaniach z lat 90. To tłumaczy wściekłą kampanię medialną oraz polityczną ze strony PO i szeroko rozumianej lewicy wokół projektu CBA, z jaką mamy do czynienia od początku rządów PiS. Zlustrować majątkiRównie wściekła reakcja spotkała rząd i wicepremiera Ludwika Dorna po tym, jak w końcu listopada na falach Radia Maryja zaproponował radykalną zmianę systemu lustracji. Dorn słusznie zwrócił uwagę na nieudolność czy wręcz złą wolę sędziów Sądu Lustracyjnego, którzy nieraz mimo zupełnie oczywistych dowodów współpracy z SB potrafili wydawać wyroki uniewinniające, nie mówiąc o obecnym Rzeczniku Interesu Publicznego Włodzimierzu Olszewskim, który po prostu blokuje lustrację. Wicepremier i szef MSWiA zaproponował likwidację obu tych instytucji i przeniesienie całej procedury lustracyjnej do Instytutu Pamięci Narodowej. Wściekłość większości mediów byłaby zapewne mniejsza, gdyby na czele IPN nadal stał Leon Kieres. Tymczasem kilka tygodni temu zastąpił go Janusz Kurtyka, który do ujawniania PRL-owskich archiwów ma stosunek zgoła inny od swego poprzednika. Jeśli mówimy już o lustracji, nie można pominąć innego ważnego projektu, który w końcu grudnia został zgłoszony przez Klub Parlamentarny PiS. Chodzi o lustrację majątkową, która obligowałaby wszystkie osoby pełniące funkcje publiczne nie tylko do wykazania, jaki posiadają majątek, ale i ujawnienia jego Ľródeł. Gdyby dana osoba nie była w stanie tego zrobić, jej majątek przepadałby. To samo ma dotyczyć ich współmałżonków. W projekcie przewidziano też obligatoryjną karę zakazu pełnienia funkcji publicznych przez okres 5 lat w przypadku naruszenia tych przepisów. Sejmowe głosowanie nad propozycją lustracji majątkowej będzie chyba najważniejszym papierkiem lakmusowym dla zasiadającej dziś w parlamencie klasy politycznej, wśród której nie brakuje przecież tajemniczych milionerów lub biedaków posiadających nadzwyczaj majętne żony. Przeciąć układyFaktyczną lustrację i dekomunizację - choć z racji delikatności materii mocno zakamuflowaną - rozpoczęto też w polskiej dyplomacji. Na początku stycznia, gdy cała Europa zajęta była rosyjsko-ukraińskim konfliktem gazowym, minister spraw zagranicznych Stefan Meller wystąpił z wnioskiem o zakończenie misji przez grupę ambasadorów, głównie byłych współpracowników PRL-owskich służb specjalnych i aparatczyków PZPR. Tym razem obeszło się bez większego szumu medialnego, zapewne dlatego, że Meller i jego ekipa wywodzą się ze środowiska Unii Wolności, które większość dziennikarzy nadal traktuje jak świętą krowę. Tym niemniej po raz pierwszy od 1989 r. rozpoczęto usuwanie z dyplomacji ludzi skompromitowanych. Zresztą nie tylko stamtąd. Pierwsze decyzje kadrowe ministra Dorna świadczą, iż ma on zamiar rozbić dotychczasowe układy w policji. Już sama nominacja nowego komendanta głównego, którym został wywodzący się ze Straży Granicznej gen. Marek Bieńkowski, wskazuje na determinację nowej ekipy. Wprawdzie zapowiadane usunięcie z policji wszystkich byłych esbeków zapewne jeszcze trochę potrwa, ale pierwsze dymisje tych komendantów wojewódzkich, którzy mieli bliskie związki z SLD, zapowiadają rychły koniec tego ciemnego świata, który poznaliśmy przy okazji afery starachowickiej i zabójstwa gen. Papały. Podobne ruchy kadrowe w prokuraturach rozpoczął minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Nie powinny więc dziwić szczególnie mocne ataki SLD, PO i związanych z nimi mediów właśnie na tę trójkę ministrów: Dorna, Wassermanna i Ziobrę. Zabezpieczyć PolskęRządy PiS z pewnością nie leżą też w interesie ciągle przecież obecnego w Polsce lobby prorosyjskiego, szczególnie od momentu, gdy podjęto działania na rzecz uniezależnienia naszego kraju od dominacji Rosji w dziedzinie energetyki. Ważnym sygnałem było powierzenie tej sfery ministrom Piotrowi WoĽniakowi i Piotrowi Naimskiemu (szefowi Urzędu Ochrony Państwa w rządzie Jana Olszewskiego), którzy jeszcze za rządów AWS byli autorami pomysłu budowy tzw. gazociągu norweskiego. A 3 stycznia, gdy ważyły się losy dostaw gazu na Ukrainę, rząd Marcinkiewicza zobowiązał resort gospodarki do przyspieszenia działań na rzecz dostępu Polski do Ľródeł gazu innych niż rosyjskie, wybudowania gazoportu do importu gazu płynnego, zwiększenia wydobycia krajowego i powiększenia krajowych magazynów gazu. Kwestia bezpieczeństwa energetycznego była także jednym z głównych tematów rozmów - podczas wizyty premiera Marcinkiewicza na Słowacji - z tamtejszym szefem rządu Mikulaszem Dzurindą. Na marcowym szczycie UE Polska ma wystąpić z propozycją nowej inicjatywy energetycznej dla Unii Europejskiej, zgłoszonej jako propozycja Grupy Wyszehradzkiej. Jej założenia były konsultowane z władzami Węgier i Czech. Mają służyć likwidacji uzależnienia od Rosji. O wadze, jaką do tej sprawy przywiązuje PiS, świadczy również fakt, że w inauguracyjnym orędziu sejmowym Lech Kaczyński wymienił bezpieczeństwo energetyczne na pierwszym miejscu wśród zadań swojej prezydentury. Moskwa i jej ludzie nad Wisłą mają więc powody, by dążyć do odsunięcia tej ekipy od władzy. Obronić kulturęSą też i inne lobbies, które działają i nadal będą działać w tym kierunku. Zauważył to zresztą sam Jarosław Kaczyński, stwierdzając w wywiadzie dla "Nowego Państwa" (nr 1/2006): - Traktuję popularność i wpływowość lobby homoseksualnego jako pewną modę, element nowej, niedemokratycznej konstrukcji społeczeństwa, w której wpływ na życie publiczne uzyskują grupy odpowiednio usytuowane w świecie mediów i finansów. To jest sposób, który może formalnie nie podważa procedur demokratycznych, ale w istocie odbiera im sens. W tych ramach problem homoseksualistów pojawił się jako pewne zjawisko kulturowe, które nie miałoby miejsca, gdyby nie ów nowy mechanizm życia publicznego. Ja sobie nie życzę takiego mechanizmu w Polsce i jestem rad, że jego ekspansję udało się zahamować - mam tu na myśli zwycięstwo mojego brata w wyborach prezydenckich wbrew całemu medialnemu frontowi. Ten medialny front usiłuje narzucić Polakom nie tylko poglądy lobby homoseksualnego, lecz całościową wizję społeczeństwa nowoczesnego, czyli odartego z wiary, tradycji, moralności i patriotyzmu. Wskazuje na to ośmieszanie przez media takich projektów obecnego rządu, jak deklaracja Patriotyzm jutra ogłoszona przez premiera oraz ministrów edukacji i kultury w ¦więto Niepodległości, czy powołanie Narodowego Instytutu Wychowania, nie mówiąc już o samym fakcie dodania Dziedzictwa Narodowego do nazwy Ministerstwa Kultury. Prezes PiS najwyraĽniej jednak nie obawia się konfrontacji na polu kulturowo-cywilizacyjnym, skoro ostatnio publicznie deklaruje potrzebę wprowadzenia jakiejś formy cenzury obyczajowej w mediach. Nietrudno sobie wyobrazić, z jak potężnym atakiem będziemy mieli do czynienia, gdy ten pomysł zostanie przekuty na konkretne zapisy prawne. Odsunąć towarzystwoWarto zwrócić uwagę na jeszcze jedną przyczynę bezpardonowych ataków na PiS. Otóż w ciągu najbliższego roku kończą się kadencje w kilku ważnych instytucjach państwowych: w maju - Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych Ewy Kuleszy, we wrześniu - całego 11-osobowego Kolegium IPN, w listopadzie i grudniu - sześciu spośród 15 sędziów Trybunału Konstytucyjnego (w tym prezesa Marka Safjana), a w styczniu przyszłego roku - prezesa Narodowego Banku Polskiego Leszka Balcerowicza. Dominacja partii Kaczyńskiego w Sejmie oznacza, że ani pani Kulesza, która skompromitowała się swym stosunkiem do ujawniania archiwów SB, ani Balcerowicz nie mogą liczyć na reelekcję, zaś w Trybunale i Kolegium IPN zasiądą wreszcie ludzie spoza czerwono-różowego towarzystwa. Stawka jest więc duża i przeciwnik tak łatwo nie zrezygnuje. Przeciwnik, którym jest salon "okrągłostołowy" składający się z wielu "podstolików" tworzonych pospołu przez koterię Unii Wolności, Partii Demokratycznej, Platformy Obywatelskiej i lewicy postkomunistycznej. Ten przeciwnik jest silny i może być zwyciężony tylko w jeden sposób - zdecydowanym działaniem. Tego należy gabinetowi Marcinkiewicza i PiS-owi życzyć na przyszłość.
Paweł Siergiejczyk | |
|
| Blady strach padł na pracowników Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji. Od początku tygodnia prawie stu etatowców z MSWiA otrzymało wypowiedzenia, a końca zwolnień nie widać. Redukcja ma objąć ponad 200 osób. Największy departament - Biuro Administracji Gospodarczej - odchudzono o 50 proc. Pracę straciło 61 osób. Jak się dowiedzieliśmy, to nie koniec. Całe BAG ma zostać zlikwidowane, a w jego miejsce zostanie utworzony departament logistyki. Pracownicy innych departamentów w zaciszu gabinetów czekają na informację, czy również stracą posady. Ludzi do odstrzału przeważnie wyznaczają dyrektorzy departamentów. Po kilkudziesięciu czy kilkunastu latach pracę tracą sekretarki - nawet te, które mają niespełna trzy lata do emerytury. Likwidują całe departamenty, zwalniają nawet sekretarki.Część osób zwalniamy ze względu na ich wiek i obniżoną efektywność, funkcjonariuszy policji odsyłamy do jednostek, zwalniamy ludzi z komórek, które w ostatnich latach strasznie się rozrastały, a obowiązków miały cały czas tyle samo. Zlikwidujemy niektóre departamenty, a ich kompetencje przeniesiemy do innych - tłumaczy decyzje ministra Tomasz Skłodowski, jego rzecznik. Faktycznie - administracja MSWiA rozrastała się w ciągu ostatnich lat. Są komórki, w których pracują po dwie osoby, a ich zadaniem jest rejestracja pism. Rocznie przychodzi około 40 pism. Do jedynych obowiązków jednej z pracownic Biura Administracji Gospodarczej należy przenoszenie z budynku do budynku biletów lotniczych. W wielu departamentach pracują całe rodziny, ściągane przez dyrektorów. Ich zakres kompetencji był ubogi, a pensje wysokie. Do zwolnienia szykuje się też wiele sekretarek. Sekretariatów nie będą mieli naczelnicy i niektórzy wicedyrektorzy. Zgodnie z postulatami taniego państwa minister chce doprowadzić do zmniejszenia kosztów. Pracę straci także wielu kierowców, ponieważ planujemy oddać policji 14 samochodów. Wychodzimy z założenia, że nie wszyscy dyrektorzy i wicedyrektorzy muszą mieć szofera i służbowe auto - dodaje Skłodowski. Odchodzący chcą się odwołać do sądu pracy - Wszyscy się boją i nic nie mówią. Każdy konsultuje się ze znajomymi prawnikami i zastanawia, czy może zaskarżyć wymówienie do sądu pracy. Na związki zawodowe liczyć nie można, bo z reguły zgadzają się z decyzjami szefostwa - tłumaczy jeden z pracowników resortu spraw wewnętrznych i administracji, prosząc o anonimowość. Na redukcjach resort ma zaoszczędzić ponad milion zł. Wojewodowie też poszukają oszczędności We wtorek Ludwik Dorn polecił wojewodom opracowanie planów restrukturyzacji podległych sobie urzędów. Na tym mają zaoszczędzić 15 milionów zł. Także w Komendzie Głównej Policji posady straci 300 funkcjonariuszy. | |
|
| Przywódcy PO przeżywają poważny kryzys psychiczny oraz koncepcyjny. Porażka, gdy jest niespodziewana i dotkliwa, zakłóca ostrość widzenia i blokuje energię polityczną. Działania Platformy Obywatelskiej ostatnich kilku miesięcy stanowią ewenement, o ile nie precedens w praktyce europejskiego parlamentaryzmu. Nie znam przykładu, by partia niemal koalicyjna stała się w ciągu kilku dni partią twardo opozycyjną wobec swojego niedawnego koalicjanta. Przykład ten wskazuje na sytuację z istoty swojej absurdalną. Pozostawanie w opozycji ma sens wyłącznie w przypadku zasadniczych różnic historycznych, programowych czy światopoglądowych. Różnic takich między PO i PiS nie ma, a te, które są, mają charakter drugorzędny bądĽ możliwy do załagodzenia, kompromisu lub współistnienia. Skoro opozycyjność nie wynika z różnic fundamentalnych, to jej "twardy" charakter może sprowadzać się wyłącznie do kwestii personalnych, emocjonalnych lub retorycznych. Na takiej też podstawie oparta jest aktualna ideologia partyjna PO. Głosi ona praktycznie jedną tezę: podstawowym zagrożeniem dla demokracji, ładu i Polski jest PiS. Donald Tusk wygłasza trwające kilkadziesiąt minut przemówienia o niegodziwości PiS. Bronisław Komorowski od kilku miesięcy nie wypowiedział publicznie ani jednego zdania, którego treść nie redukowałaby się do pomstowania na Prawo i Sprawiedliwość. To samo dotyczy Stefana Niesiołowskiego, Pawła Śpiewaka i kilku innych medialnie aktywnych polityków. Pierwszy raz absurd tej sytuacji objawił mi się z całą mocą, gdy oglądałem w telewizji wystąpienie Tuska ogłaszające urbi et orbi, że PO przechodzi do twardej opozycji. Oczekiwałem, że przedstawiona zostanie jakaś strategia polityczna, alternatywny pomysł na Polskę, koncepcja działania zmierzająca do osiągnięcia jakiegoś celu uzasadniającego ten krok i nadającego sens aktywności partii. Nic z tego. Przez kilkadziesiąt minut mieliśmy wyłącznie obsobaczanie PiS. I tak już pozostało. Gdybym był członkiem lub zwolennikiem Platformy, czułbym się wówczas rozczarowany i wściekły. Czy jedynym uzasadnieniem rezygnacji z wielkiego zakresu władzy nad krajem i odpowiedzialności za Polskę ma być erupcja pretensji i złości wobec niedawnego koalicjanta? I po to był ten cały wysiłek ludzki, finansowy i polityczny włożony w wybory, by w końcu powiedzieć "nie", ponieważ PiS-owcy są wstrętni? Dokonując tego kroku PO skazała się na polityczną jałowość. Od kilku miesięcy partia - używając niezbyt wyrafinowanej metafory - kręci się w kółko i nie jest zdolna do jakiegokolwiek ruchu twórczego. Kilkakrotnie pytałem moich znajomych z PO, jaki jest cel trwania w stanie złośliwej jałowości, ale nie uzyskałem odpowiedzi. Część z nich sama nie rozumie, a część odpowiada nie tyle wskazując cel, ile przyczynę: wszystko dlatego, iż PiS "nie podzieliło się władzą", czyli nie oddawało Platformie MSWiA, lecz trudne resorty gospodarcze. Kwestia MSWiA niczego nie wyjaśnia, ponieważ wszyscy wiedzieli, iż sprawy wewnętrzne i sprawiedliwości stanowiły okręt flagowy PiS, tak jak sprawy gospodarcze okręt flagowy Platformy. Gdyby PiS chciało sobie wziąć "trudne resorty gospodarcze", to zapewne podniósłby się jeszcze większy rwetes, że jest to zamach na gospodarkę grożący powrotem do socjalizmu. Jałowość politycznej postawy Platformy jest także racjonalna, choć w sensie dość perwersyjnym. Wskazanie PiS jako jedynego wroga może mieć przez pewien czas funkcję jednoczącą. Politycy PO postawili na niechęć do PiS, jaka występuje w niektórych środowiskach. Działają według takiego mechanizmu: PO deklaruje, że jest opozycją i tak się zachowuje; PiS reaguje więc odpowiednio traktując PO właśnie jako opozycję; na to PO podnosi wrzawę, że PiS nie chce koalicji, bo traktuje PO jako opozycję. Ten mechanizm jest tyleż niedorzeczny, co skuteczny. Niedorzeczny, bo opozycja nie ma prawa mieć pretensji, że nie jest traktowana jako koalicjant, natomiast skuteczny, bo utrwala podziały między PO i PiS. Zadziwiać musi, że podobna polityka, mimo oczywistej niedorzeczności, nie spotyka się z krytyką, ale nawet zyskuje sympatię. Ideolodzy Platformy posłużyli się bronią, która w polskich środowiskach medialno-inteligenckich jest pewniakiem: Rydzykiem i Lepperem. Jeśli tylko zamacha się przed oczami oraz umysłami pewnej części Polaków Radiem Maryja i Samoobroną - nieważne, jak takie machanie opiera się na bezpodstawnej insynuacji - reakcja, niczym u psa Pawłowa, bywa natychmiastowa. Przeciwnik zostaje zdyskredytowany, natomiast insynuator zyskuje tysiące klakierów, którzy nabierają dumnego przekonania, że uczestniczą w wielkim starciu między dobrem a złem. Ideologiczne pisożerstwo uprawiane przez Platformę najlepiej sprzedaje się poprzez krytykę cech osobowych Jarosława Kaczyńskiego. Okazuje się on być nieodpowiedzialnym politycznym dryblerem, człowiekiem chorobliwie dążącym do władzy absolutnej, destruktorem, notorycznym kłótnikiem etc. Lista jest długa i radykalnie przekracza wszystkie możliwe granice dorzeczności. Subtelni intelektualiści w rodzaju Pawła Śpiewaka snują analogie z Robespierrem, a Stefan Niesiołowski codziennie występuje z jeszcze straszniejszymi skojarzeniami. Temu wszystkiemu przyklaskują "autorytety niezależne" spoza PO. Kazimierz Kutz powiedział w programie Tomasza Lisa, że Kaczyński przypomina mu bohatera filmu Chaplina "Dyktator". Zważywszy, że film Chaplina był satyrą na Hitlera, polski reżyser powiedział faktycznie, że Jarosław Kaczyński przypomina mu Hitlera. Prowadzący dziennikarz - niedoszły prezydent RP - nawet się nie zająknął na taką opinię, zajmując się kontrowaniem siedzącego po przeciwnej stronie PiS-owca. ObraĽliwe idiotyzmy uchodzą nie tylko za przenikliwe opinie polityczne, lecz nadto za przejawy szczególnej wrażliwości moralnej. Ta ilość nierozumu, jaką przywódcy Platformy oraz ich kibice wpompowali w sferę publiczną, nie tylko sprymitywizowała język, ale nadto wydaje się zmieniać stan świadomości. Do tej pory przeciwnikiem był komunizm i postkomunizm. Teraz przeciwnikiem głównym jest przyszły lub niedoszły Führer Kaczyński oraz jego partia niebezpiecznie upodabniająca się do NSDAP. Dziennikarze, w większości ludzie młodzi i bez wyraĽnych poglądów politycznych, zaczynają ten obraz powielać, uznając najpewniej, że odzwierciedla on jakąś głębszą prawdę, skoro propagowany jest przez "wszystkich". Z wyważoną analizą trudno się przebić. Stworzona atmosfera histerii obniża poziom myślenia w sferze publicznej. Mówi się - co jest dla wielu tak oczywiste jak kulistość ziemi - że Kaczyński "nie chce się dzielić władzą". Proponuję zwrócić się do jakiegokolwiek cudzoziemca, mającego przynajmniej elementarną kompetencję polityczną i powiedzieć mu tak: "Jest u nas pewien straszny polityk, który wygrał wybory i nie chciał się podzielić władzą ze swoim potencjalnym koalicjantem. Proszę sobie wyobrazić, że w swojej arogancji proponował koalicjantowi połowę resortów, w tym najważniejsze gospodarcze, administrację, politykę zagraniczną i obronną. Na dodatek zaoferował szefowi opozycyjnej partii przewodniczenie parlamentowi. Czyż nie ma on zapędów dyktatorskich?" Jeśli nie zobaczycie państwo na twarzy swojego rozmówcy wyrazu osłupienia, to jestem gotów do końca życia wychwalać mądrość polityczną Donalda Tuska. Polityk, przegrywający dwa razy wybory, które miał łatwo wygrać, leczy swoją frustrację wzniecaniem resentymentu wobec tego, który go pokonał. Słuchanie histerycznych tyrad Tuska, Komorowskiego, Niesiołowskiego czy - ku mojemu żalowi - Rokity, skłaniać musi do wniosku, że politycy ci znajdują się faktycznie w stanie głębokiego wewnętrznego nieuporządkowania. Psychologizacja jest jednak zawsze podejrzana, o ile nie daje się wpisać w szerszą diagnozę. Taką diagnozą w tym wypadku byłby poważny kryzys osobowy i koncepcyjny przywództwa Platformy. Oto opinia, wypowiadana także przez członków i sympatyków PO: w politycznych partiach o dużym doświadczeniu obowiązuje praktyka, że ten, kto przegrywa wybory, które miał czy mógł wygrać, ustępuje. Nie stanowi to kary czy pokuty, ale jest aktem racjonalnym. Porażka, gdy jest niespodziewana i dotkliwa, zakłóca ostrość widzenia i blokuje polityczną energię. Widzenie nieostre i brak twórczej energii utwierdzają wszak partię w stanie porażki, a nie pomagają z niego wyjść. Chcę być dobrze zrozumiany. Nie jestem wrogiem Platformy i nigdy nie byłem. Należę do tych, którzy zaangażowali się niedawno w politykę z nadzieją powstania koalicji, jaka miała odmienić Polskę. Wszystko wskazywało, że tak się stanie. Kryzys polityczny i osobowy Platformy podważa taką perspektywę, a w każdym razie ją odsuwa. Jeden z zachodnich dyplomatów powiedział mi: "Gdy wasze dwie partie wygrały wybory, wydawało się, że macie szanse pozostać u steru Polski przez następnych czterdzieści lat. Tymczasem już po czterech miesiącach walczycie o przetrwanie. Czy naprawdę nie dało się inaczej?".
Prof RYSZARD LEGUTKO | |
|
|